Dobra, dawno nie pisałem. Dawno niczego nie jechałem. Wiem, skurwiłem się do reszty niczym sprzedajna sucz spod najbliższej latarnii lub jak kto woli jak Korn :> Słyszałem że mój ostatni tekst się spodobał ludziom, oczywiście był totalnie pisany w spontanie i po niezbadanych substancjach takich jak herbatka z Biedronki. No mniejsza, dziś będzie o Kornie. Czekam aż KoRniątka mnie ukrzyżują...
-Słówko o mnie. Byłem wielkim fanem tego zespołu. Do dziś zapierdalam w ciuszkach które mają słynne logo bo ta marka do mnie przylgneła i na próźno mi się jej pozbywać, poza tym lubię ją. Mam do ich starszej twórczości wielki szacunek bo grali genialnie. Grali aż to Take A Look In The Mirror. Jeszcze 2 lata temu, dałbym sobie jaja oskubać do białości za nich. Ale nie dziś, nie dziś kiedy Korn jest sprzedajną, hipokrytyczną kurewką, która za dość duże pieniądze się sprzedaje niemając niczego ciekawego do zaoferowania. Zacznijmy od początku:
Everybody has iSsuEs, do you?
-To słynne hasełko promowało płytę iSsuEs, będącą jedną z lepszych w ich dorobku, choć wówczas pewnie fani też płakali że zespół ewoluuje ale wtedy Korn jeszcze nie był bandą hipokrytów. Problemy się zaczeły wraz z Untouchables, kiedy zyski były dość słabe, ponieważ prawie pełna wersja płyty wyciekła do sieci a ludzie ją ściągneli. Wtedy na dodatek słaby dopływ zielonych spowodował komplikacje. Na co zespół wpadł? Na powrót do tego wszystkiego, od czego się zaczeło. Do brudnego grania. OCzywiście jak powiedzieli, tak zrobili. Niestety coś nie pykło a płytka jakoś specjalnie nie została przyjęta. Była fajna, jazzy, mhroczna tak że młodociani metale, którzy ledwo wypełzli spod hip-hopowej muzyki byli pewni że słuchają najbardziej zakurwistej i ciężkiej muzy jaki Bóg Szatan im dał. Potem zaczeły się prawdziwe problemy. Najpierw wydanie płytki która była nabijaczem kasy. Mówię tu o Greatest Hits vol. 1. Takie gówniane Greatest Hits mógł se zrobić przeciętny n00b spuszczający się przy Tibii, przeglądający raz na jakiś czas jutub. Wielkie mi kurwa hity. Wystarczy klipy przejrzeć i kurwa każdy z zawartych utworów, na tej chujowej płytce znajdzie swój video-odpowiednik. Na Boga! Dziś kurwa setki zespółów ma wielki dorobek i nie potrzebuje wcale kurwa dawać gównianej płytki z największymi hitami, bo po co zdzierać ciężko zarobiony hajs z fanów. Nie ładnie wykorzystywać faktu że fani to lamusy i kupią wszystko co sygnowane jest logiem ich ukochanego zespołu. Już lepiej wzorem Rammstein czy SlipKnoT, dać składankę koncertową. To samo ale jednak trochę inne. Ale po co? Lepiej niech stan konta rośnie. Żeby nie było że Korn daje klękać do miecza total za to samo, dorzucił dwa covery. Jeden to średnio udany, cover Pink Floyd, "Another Brick In The Wall" oraz drugi po którym pokemony miały mokro w majtach, czyli "Word Up", grupy Cameo. Po Word Up, pierwsze Pokemony na spółę z Kindermetalami, zaczeły lubić Korn. Wielcy mi kurwa fani co znają jeden utwór. A potem...
See You On The Shitty Side
-potem odeszła główna gitara zespołu. Genialny gitarzysta nazwiskiem Welch, Brian. Nawrócił się, przy okazji, nie podobał mu się sposób w jaki zespół się prowadzi. No ale odszedł od kapeli, w kluczowym momencie kiedy zespół nagrywał swoją kolejną płytę. Swoją drogą, na tą chwilę jest w sto razy lepszej formie niż sam KoRn. No ale o nim później. Muzycy w kropce, polecieli do nowego Producenta, bo umowa z EpiC/Immortal poszła się jebać. Za produkcje kwintesencji Kindermetaloznastwa wzieli się Atticus Ross i The Matrix Trio. Znani z takich genialnych, rockowych kapel jak Britney Spears aka. Młodociana szmatka która pokazuje jaka jest dorosła, No i wyszło. Pierw był singiel, "Pierdolnięty Transwestyta" aka. Twisted Transistor, z jakże pokemoniastym klipem, gdzie za macierzystych muzyków formacji przebierają się znani raperzy, bo Dz1e|\|Ki t3Mu eM T1 Wi B3NdZ1e n@5 Pu$ZcZ@Ć!!!11=*. No i wyszło... już od razu smród że coś się jebie, czuć niczym kurwa, stężały kloc po półgodzinnej wegetacji w kiblu. Niby klip jest, ale muzyki coś kurwa mało. Więcej pokazanych fochów, niczym gwiazdeczek POP, którze życzą sobie czerwonego dywanu przed autokarem. Miało być fajnie, wyszło chujowo, bo samej muzyki jest w klipie może minuta. Reszta to wygłupy Snoop Dogga, Dave'a Bannera i reszty murzyńskich cweli. A potem wyszła płyta. Sam cover-art płyty w moim mniemaniu jest fajny, bo nieco bajkowy w przerażający sposób. Jednak zawartość płyty jest jeszcze bardziej przerażająca... przerażająco chujowa. Do chuja Pana, czy im jaja uschły? Płyta przesycona sztucznością, niczym Doda i jej chłoptaś Nergal. Elektroniki tyle co kurwa w anatomii Terminatora. Na Boga, pseudo-industrialowe plumkanie. A gdzie do chuja ciężar? Gdzie klang Fieldy'ego? Gdzie ten zawodzący wokal? Nie ma. Śpierdolił... A zaraz potem koncerty, na których Korn rozstawia zestaw małego Farmera. Pamiętam słowa Jonathana Davisa: "KoRn, to tylko i wyłącznie ta piątka facetów co powołała zespół do życia" a tu nagle kurwa się ich namnożyło. Świnka grająca na gitarze, Króliczek napierdalający w garnki, konik grający na keyboardzie z Biedronki za 25.99. No kurwa, coś nie pyka. No i oczywiście promocja płyty w postaci nowego DVD z koncertem, na którym widać jak bardzo się wypalił zespół. Fani, wierne cipy szaleją, ale zespołowi tylko kroplówki brakuje na scenie. Więcej animuszu ma AC/DC które kurwa powinno być obecnie w domu spokojnej starości. OCzywiście wszystko podsycone maksymalnym efekciarstwem typu laserki, oczojebne kolorki i skórzane spodenki Davisa, który najwyraźniej uciekł z gej-parady. No i jeszcze gratis doszło 3CD pack pt. "Chopped, screwed, live and unglued", będący nabiciem fanów butelkę chujowymi Remixami i koncertówkami. OCzywiście głównie nowymi. Prawdę mówiąc B-side SYOTOS jest kurwa, 100 razy lepszy niż własciwa płyta i do tego zachęcam was do przesłuchania, bo tu jeszcze chujni aż tak dużo nie ma. Tylko troszkę :>

-Nie ma promocji, nie ma sprzedaży tak powiem na temat tej gry. Dobra koniec recenzji. Idę na kawę... Dobra a tak na poważnie. Activision słynące z gier które są mogą być zarówno przeciętniakami jak i dobrymi grami wypluła na rynek grę którą wielu z was nazwie klonem Turoka. Słusznie zresztą, tyle że Turok na podium stoi wyżej niż Jurassic: The Hunted. Nie oznacza to że nie warto w tą grę zagrać...
-Dobra. Jak wspomniałem - Jurassic: The Hunted, wyszło do mediów, dosłownie, na kilka dni przed premierą. To nie żart. Firma Claudron słynąca ze wspaniałego inaczej, Gene Troopers, powiązała swoje siły z Activision i wydała na świat tą grę. O ile w kwestii Gene Troopers, książeczką można było se tyłek podetrzeć jeśli zabrakło nam papieru toaletowego w naszej czytelni, zaś płytkę powiesić pod lusterkiem w aucie, tak Jurassic: The Hunted, ma już "coś tam", do zaoferowania. Na dodatek który jest plusem, dodam jeszcze że została wydana na wszystkie możliwe dzisiejsze platformy stacjonarnych konsol z Ps2 włącznie. -Fabułe można podciągnąć pod stare horrory, klasy "B". Oto expedycja w 1983 zagineła w okolicy trójkąta bermudzkiego (ale to dziwne), wraz z niejakim doktorkiem Syrusem który przewodził całą ekspedycją. 13 lat później jego córa, wynajmuje agencję która ma za zadanie odnaleść jej ojca. Niezły zapłon ale jak pisałem, fabuła jest naciągana jak gumka od majtek z Biedronki. No i oczywiście samolot którymi lecą nasi bohaterowie również wpada w jakąś burzę która okazuje się być pętlą czasową i wyrzuca naszego kochanego bohatera, samego jak palec, w środek gęstej dżungli.

-No dobra... przesadziłem, bo film przyniósł mój stary w formie DVDRip'a więc co mi szkodziło by obejrzeć. Chciałem iść do kina na to i wydać te 16 złotych... jak się by okazało by był to największy błąd tej jesieni a mnie by gryzło sumienie (pomijając że takiego nie mam) że wydałem ciężko zarobiony, na lenistwie, hajs na tak dziadowski film, ale do dzieła...

-Oszukać przeznaczenie jest to slasher czyli rodzaj horroru, który został zapoczątkowany przez takie filmy jak Halloween, Piątek 13-tego czy Koszmar z ulicy Wiązów, choć najbardziej wytykanym na ten klimat jest horror "Krzyk", twórcy niezmordowanego Fredka Krugera. Takie filmy znane są z tego że na ekranie zostaje postawiona grupa gówniarzy (czyt. nastolatków) którzy jadą gdzieś, w pizdu, by się zabawić, opić, poćpać, przy okazji podupczyć i w końcu, zostają postawieni na przeciw bezwzględnego, mniej lub bardziej realnego, mordercy który lubi obcinać biusty, podrzynać gardziołka, przeciąć na pół, urwać łeb, nabić na dzidę, wpierdolić pod kosiarkę itd. (niepotrzebne skreślić), i ma to do siebie że w filmie przeżywa jedna lub dwie osoby, a jak ma się szczęście to żadna. Oszukać przeznaczenie to seria zapoczątkowana, przez niejakiego James Wong'a który to w roku 1996 zaoferował widzom, nowatorski slasher, w którym, o dziwo zostają przedstawieni, ponownie, gówniarze, lecący na jakieś tam zawody do Francji wykurwistym Jumbo-jetem. Na krótko przez odlotem maszyny, główny bohater, Alex, ma przeczucie że coś się stanie nie tak, jakieś znaki tu i tak, nawiązania do śmierci itd. Aż w końcu wsiada do tego nieszczęsnego samolotu. Wspomniany Jet w końcu startuje, a wszyscy cieszą mordki że lecą do kraju żabojadów. Nagle maszyna zaczyna oferować darmowy rollercoaster, pasażerom aż w końcu boczna ściana samolotu, przy okazji w akompaniamencie wybuchów, odpada a pasażerowie kończą uprawiając Windsurfing na fotelach lub stając się elementem przelatującym przez wirnik na skrzydle. Ostatecznie maszyna wybucha a nasz Alex dostaje dość mocnej opalenizny, dzięki wybuchowi, który zionął mu prosto w ryj. Jednak po chwili się okazuje że to była jedynie wizja a nasz bohater siedzi dopiero w samolocie przed startem. Szybko wstaje i sieje panikę drąc się: "że będzie wypadek", w efekcie, ekipa piątki innych bohaterów zostaje usunięta z samolotu zaś inni lecą. Na lotnisku wszyscy drą mordę na Alexa, aż nagle słychać huk a na niebie samolot zmienił się w, dość mocną, petardę a resztki lądują w morzu, w pobliżu lotniska. Kiedy bohaterowie myślą że jest po wszystkim, przy okazji twierdząc że główny bohater to świr, śmierć ma wobec nich inne plany a ocalali giną w dość przypadkowy i jednocześnie makabryczny sposób, przy okazji w takiej kolejności w jakiej by skończyli żywot w samolocie. Dość innowacyjny sposób sami przyznacie... wyszły cztery części tego cuda jednak dla mnie istnieją tylko trzy gdyż ostatnia to jest szczyt idiotyzmu i sztampowych, sztucznych niczym cycki Dody Elektolux, postaci... do dzieła...
-Wiem, wiem. Tęskniliście i w ogóle a ja jestem wrednym lamusem i wsadziłem se głeboko w dupę pracę na którejkolwiek ze stron i do tego usiadłem na niej by grać nieprzerwanie od tygodnia w Left 4 Dead 2, dlatego też powracam z radosną nowiną że jestem, żyje, mam się dobrze i mam dla was recenzje, moja malutka garstko czytelników:

-Rok temu Valve, ta firma która dała nam takie hity jak Half Life oraz do wspomnianej gry który po wielkim sukcesie stał się pełnoprawną grą - Counter Strike, pod wodzą tłuściutkiego, niczym pączuszek z cukierni, Gabe'a dała nam, graczom, genialną grę pt. Left 4 Dead. Ach jakiż to był szał a jaka nowość. Cooperative Thriller Multiplayer gdzie wraz z 4 kumplami przedzierałeś się przez 4 ogniska zarazy zmutowanego wirusa wścieklizny, zmieniającego ludzi w rządne krwi i mUzgÓ potwory. Chwyt polegał na tym że twoje życie było kompletnie zależne od twoich towarzyszy tzn. kiedy chwycił cię taki skurczybyk jak Hunter, skaczące i zwinne zombie, to to czy przeżyjesz było kompletnie zależne od twojej drużyny, bo jesli twoi kompani nie odepchneli lub nie zestrzelili go z Ciebie, to kończyło się to wąchaniem kwiatków od spodu. Ponadto system podnoszenia postaci z ziemi gdzie jeden z bohaterów ci pomaga zaś dwójka pozostałych osłania czy też walki w kątach pokoju z hordą zainfekowanych głeboko zapadały w pamięć graczy sprawiając że Left 4 Dead stało się grą co najmniej kultową. Do tego był smaczek pozwalający grać jako zainfekowani. Tak tak... w tzw. trybie Versus mogły się zmierzyć dwie drużyny przedstawiające strony zgniłków jak i ocalałych. System punktacji był zależny od tego jak daleko i w jakim stylu doszedłeś a trybie dla zombich mogło się jeszcze zaszpanować Damage'em jaki się zadało ocalałym. Grało się tzw. Special infected lub jak kto woli, Bossami na których składał się wspomniany skaczący i szybki Hunter, Boomer czyli gruby zainfekowany który pluł żółcią wabiącą hordę na ocalałych, Smoker który za pomocą długiego języka odciągał jednego z ocalałych od drużyny oraz przez wszystkich uwielbiany Tank - przy którym nasz rodak, Pudzian wygląda niczym karzeł. Gra odniosła wielki sukces i doczekała się kilku, marnych bo marnych ale zawsze, update'ów dzięki którym do gry wkluczono tryb Przetrwanie oraz nową kampanię plus kilka innych drobnych pierdół. Skoro gra osiągnęła sukces, nic dziwnego że nastąpiła kontynuacja. Szkoda tylko że tak szybko.
-Oczywiście, po zaanonsowaniu przez Valve kontynuacji, w niedługim czasie, powstała grupa bojkotująca dwójkę, uważając że to co dwójka będzie miała do zaoferowania mogłoby zostać spokojnie wydane jako DLC. Dziś jednak zapewne wielka część graczy przeszła na drugą stronę mocy, dlaczego?
-Ach Batman, ileż to już serii ma pocieszny gacek? 100? 200? 500? Komiksów wyszło na pęczki na Świecie, zwłaszcza po spopularyzowaniu postaci przez filmy Tima Burtona z lat 90-tych. Ostatnio też dzięki Nolanowskiemu, Batmanowi który jest, co tu dużo mówić, filmem ponad-przeciętnym ukazującym Batmana w zupełnie nowych barwach, w bardziej realistycznej rzeczywistości niż dotychczas ukazywały go komiksy czy filmy. Mamy jeszcze dość szeroki wachlarz gier które, co by nie mówić, lądowały zazwyczaj na półkach z podpisem przecena a w pismach branżowych dostawały ocenę zarezerwowaną dla, legendarnej już, firmy Midas, specjalizującej się w perełkach które było tak dobre jak koncert Mandaryny bez playbacku. No ale zdarzają się też cuda, a taki oto cud zaoferowała nam firma Rocksteady. Teraz wszyscy którzy marzyli o tym by założyć obcisłe legginsy i gacie na nie mają ku temu okazję. Bo oto przed wami Batman: Arkham Asylum.
Pierwsza poważna recenzja na bywa.info! - przynajmniej mam taką nadzieję. Jako wielki fan elektronicznej rozgrywki postanowiłem wybrać na pierwszy rzut grę p.t. "Dead Space". Myślę, że to trafny wybór - nie tylko z tego względu, że to po prostu świetny tytuł, lecz również dlatego, że swoją historią świetnie trafia w hasło naszego małego pseudo-bloga.Omawiany produkt będę starał przybliżyć opisując wrażenia uzyskane przy konsoli xbox360 - choć sądzę, że nie ma wielkich różnic względem wersji z Playstation 3, bądź PC.
Dead Space to tzw. survival-horror wydany w 2008 przez deweloperów z Electronic Arts. Dreszczowiec, który przenosi nas swoją historią w odległe zakamarki kosmosu. W miejsce, w którym raczej nikt z nas nie chciałby się znaleźć - chyba, że wśród naszych czytelników znajdują się jacyś żądni krwi psychopaci o skłonnościach autodestrukcyjnych. Jeżeli tak to cofam ostatnie zdanie.
Recenzja napisana została w formie opowiadania, gdzie ukryte zostały elementy z rozgrywki takie jak fabuła, gameplay, grafika czy też muzyka etc. Na końcu znajduje się mały zwiastun, jak i podsumowanie.
Całość tekstu dostępna po kliknięciu "Czytaj dalej".
Moja historia zaczyna się od otrzymanego przez nas (głównego bohatera Isaaca Clarke - postać w którą się wcielamy, jak i resztę załogi statku kosmicznego USG Kellion - Kendry Daniels i Zacha Hammonda) komunikatu, w którym znajduje się prośba o pomoc. Sygnał został nadany przez znajdujący się w naszym zasięgu statek typu "planeto-łamacz" - USG Ishimura. Wiadomość budziła w moim sercu, lekką nutkę strachu, czy też wewnętrznej słabości... Była przekazana w taki sposób, że inne rzeczy przestały mieć w tej chwili znaczenie. Pełna smutku, nostalgii, jak i bezsilności prośba o pomoc. To wezwanie stało się dla mnie obsesją. Dlaczego? Ponieważ została ona nadana przez moją ukochaną Nicole. W tym momencie musiałem porzucić wszystkie obawy i wyruszyć w nieznane... Do miejsca, w którym działo się coś złego. Tylko co to dokładnie było? Dlaczego tak olbrzymi statek tkwił w próżni bezludzia w całkowitej bezsilności? Tego musiałem się dowiedzieć. Wraz z załogą udaliśmy się na statek USG Ishimura. To nasz najważniejszy priorytet. Na całe nieszczęście już od samego początku zaczęły się pewne komplikację. Zostaliśmy wciągnięci na pokład przez jakąś siłę magnetyczną. Cudem uszliśmy z życiem, ponieważ przebiliśmy się przez kadłub z ogromną siłą. Nasz statek uległ częściowemu zniszczeniu, lecz najważniejsze jest to, że żyjemy...



